sobota, 28 lutego 2009

Wrocławski program Tramwaj Plus finansowany z obligacji?

Nie ustają spekulacje wokół kwestii finansowania istotnego dla wrocławskiej komunikacji programu Tramwaj Plus. Finansowanie tego projektu zostało przez miasto przeniesione na MPK w ramach wygospodarowywania środków na budowę stadionu. Spółka potrzebuje na ten cel około 240 mln zł, na które miała wziąć kredyt. Część pieniędzy potrzebna jest jednak już teraz, w związku z rozstrzygnięciem przetargu na dostarczenie tramwajów, wygranym przez czeską Skodę. W czwartek (19.02) Rada Miejska podjęła decyzję o przyznaniu MPK pożyczki w wysokości 41 mln zł na zaliczkę dla Skody. Pieniądze miałyby być przez spółkę oddane w momencie, gdy otrzyma ona kredyt na realizację całości projektu. W tym miejscu pojawiają się problemy, gdyż banki nie kwapią się do przyznania spółce kredytu. Według informacji Gazety Wyborczej MPK prowadziło rozmowy z kilkoma bankami. Większość z nich zakończyła się jednak fiaskiem i na chwilę obecną w gronie potencjalnych kredytodawców pozostał tylko jeden bank. Urzędnicy zwracają uwagę na to, że w dobie kryzysu banki nie chcą dawać kredytów nawet „bezpiecznym”, bo finansowanych z kasy samorządów, spółkom. Pojawiła się jednak propozycja rozwiązania alternatywnego, a mianowicie wypuszczenia przez MPK tzw. obligacji przychodowych na kwotę 240 mln zł. Wiceprezydent Wrocławia, Maciej Bluj, proponuje następujące rozwiązanie: „Bank kupiłby od MPK obligacje warte 240 mln zł, a spółka zobowiązałaby się do ich systematycznego wykupywania. Dla banku to korzystne rozwiązanie, bo wie, że przez wiele lat ma stały przychód i pewny zwrot środków z tytułu wykupu obligacji.” Pieniądze na wykup obligacji miałyby pochodzić z dochodów jaki MPK będzie generować, m.in. na nowopowstałych liniach Tramwaju Plus, a także z miejskiej dotacji, jakie spółka dostaje na przewozy. W takiej sytacji spłacanie obligacji potrwa co najmniej 20 lat. Ostateczna decyzja o sposobie finansowania programu Tramwaj Plus ma zapaść w ciągu miesiąca.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Maciej Rybicki – koordynator Pilnujemy Euro 2012 we Wrocławiu

piątek, 27 lutego 2009

Udało się. Nie przegrać wyżej.

Już był w ogródku, już witał się (Lech) z jedną ósmą finału... Zaczęło się przesympatycznie. Zdołali nasi i bramkę strzelić, i prowadzenie długo utrzymać, i nawet przekonująco symulować zachowania wiecznych symulantów, czyli przewracać się w potrzebie z włoskim rozmachem. Dało się zauważyć więcej udanych podań lechitów z pierwszej piłki, niż ich przypada na wszystkie mecze przeciętnej kolejki Ekstraklasy. Ale po przerwie każda z drużyn starała się grać jakby na miarę logotypu widniejącego na koszulkach. Chłopcy Smudy popadli w piwne otumanienie, ich rywale wydobyli się z dna upokorzenia twardą, do bólu konkretną, nieodparcie skuteczną, acz mało wyrafinowaną boiskową robotą. Rozpędzona Dacia łupnęła w barykadę skrzynek Warki i oczywiście ją przebiła.

Zabolało, prawda? Najsprawniejszej bodaj drużynie naszego kraju pomachali na pożegnanie mocno przeciętni ragazzi. Zabolało, nie ma co zaprzeczać. I nerwami szarpnęło zdrowo. Weźmy niefortunnych zmienników. Jedyny Kikut, o jakim teraz umiem myśleć ciepło, jest latarnią morską na wyspie Wolin.

Jak dziś najwłaściwiej zaadresować pretensje? Do trenera? Do napastnika X czy obrońcy Y? O nie, raczej do wszystkich, którzy w mniej lub bardziej pośredni sposób powodowali i pogłębiali upośledzenie polskiego futbolu. Do ojców założycieli i do wytrwałych amatorów piłkarskiego pokera. Ich jest winą, że jeden raptem Kolejorz musiał u progu piłkarskiej wiosny udźwignąć nadzieje wszystkich polskich kibiców. Nie udźwignął, trudno. Respekt i tak za to, co osiągnął.

Damian Strzeszewski

czwartek, 26 lutego 2009

Uda się w Udine!

Przecież to tylko turniej o nagrodę pocieszenia. Zmagania pariasów. Emocje w klasie ekonomicznej (uwaga więc na płaszcze, kapelusze i asertywne panie w uniformach, bo co, jeśli i tam „biją Niemcy”?). To taki futbol z Bied…nki. Tacy mistrzowie, co by mogli klaskać u Rubika. No name game. Drugiej (międzynarodowej) ligi smak. Tym się nie wypada entuzjazmować w lepszym towarzystwie.

Trudno znaleźć prasowe doniesienie, w którym o Pucharze UEFA pisano by w innej poetyce. O podrzędnym statusie tych rozgrywek przypomina się w sposób wyraźnie już zrytualizowany. Zgoda, oceny takie znajdują pokrycie w konkretnych danych. I na trybunach przy takich meczach mniej gęsto, i reklamy emitowane w przerwie transmisji tańsze, i budżety wielu walczących tam drużyn mniej wyśrubowane, i miasta, z których jedenastki te pochodzą, trudniej zlokalizować na mapie. Aha, i nie uświadczysz tu na przykład lekko śniadego osobnika, który najpierw zasłynął chorobliwą skłonnością do symulowania fauli, potem zyskał zaszczytne miano najprzystojniejszego piłkarza Europy (werdyktem wielu szacownych gremiów, od bywalców gejowskich portali poczynając; co rzec wypada, jeśli się nie chce uchybić chronologii), a wreszcie zaczął grać szatańsko.

Prawda więc, że Pucharem UEFA nie warto się ekscytować. Prawda – ale prawdy tej 26 lutego Anno Domini 2009 proszę nie wypowiadać w Poznaniu zbyt głośno. Dla własnego dobra – bo można się spotkać z ripostą tak gorzką, że później i tuzin sznek z glancem nastroju nie dosłodzi. A i poza Wielkopolską też – zapomnijmy na jeden dzień, że to jednak nie Liga Mistrzów. Trzymajmy kciuki, wypromieniujmy z siebie parę megawatów dobrych fluidów, zaadresowanych na północne Włochy, Kolejorzowi pokibicujmy. Należy mu się. Choćby tylko za zeszłotygodniowy mecz. Za widowiskowe otrzepanie ze śniegu bramki rywala, a potem – pięć minut sugestywnej lekcji wychodzenia z kryzysu (na najbliższe miesiące – jak znalazł). Choćby tylko za to, że wiele dają tej drużynie zawodnicy, o których mówi się z nadzieją w perspektywie polsko-ukraińskich mistrzostw. Choćby tylko za to, że na „Franza” można liczyć. Oby z ziemi włoskiej do Polski wrócił Franciszek Zwycięski.

Damian Strzeszewski

środa, 25 lutego 2009

Sprawozdanie z realizacji przedsięwzięć EURO 2012 (lipiec 2008 r. – styczeń 2009 r.), przedłożone przez ministra sportu i turystyki.

Najważniejsze inwestycje konieczne do sprawnej organizacji EURO 2012 weszły w fazę przetargów na wyłonienie wykonawcy lub realizacji kolejnych etapów budowy. Gwarantuje to terminowe powstanie obiektów niezbędnych do przeprowadzenia mistrzostw.
Na początku października 2008 r. rozpoczęto prace ziemne na Stadionie Narodowym. Zgodnie z harmonogramami, prowadzone są prace na stadionach w Krakowie i Poznaniu. Przygotowano teren do rozpoczęcia robót w Gdańsku i Wrocławiu, uzyskując wszystkie pozwolenia niezbędne do rozpoczęcia budowy. Wybrano 44 propozycje lokalizacji centrów pobytowych dla drużyn uczestniczących w UEFA EURO 2012.

Plan realizacji inwestycji stadionowych jest następujący:
• rozpoczęcie budowy stadionów:
Chorzów (1 lipca 2009 r.);
Gdańsk (21 kwietnia 2009 r.);
Kraków (29 stycznia 2009 r.);
Poznań (28 stycznia 2009 r.);
Warszawa (07 kwietnia 2009 r.);
Wrocław (luty/marzec 2009 r.)

• zakończenie budowy stadionów:
Chorzów (30 kwietnia 2011 r.);
Gdańsk (23 grudnia 2010 r.);
Kraków (14 maja 2010 r.);
Poznań (30 czerwca 2010 r.);
Warszawa (16 maja 2011 r.);
Wrocław (31 grudnia 2010 r.)

Przygotowanie Polski do organizacji finałowego turnieju UEFA EURO 2012 przebiega profesjonalnie i zgodnie z założonymi harmonogramami.

Potwierdziły to kolejne oceny przekazane przez ekspertów UEFA w raporcie końcowym „Przegląd infrastruktury UEFA EURO 2012 (Lotniska – Hotele – Ochrona Zdrowia – Transport) z września 2008 r.

24.02.2009 r.

źródło: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

wtorek, 24 lutego 2009

Aleksandra Gołdys i Wojciech Fenrich na antenie Radia Euro.

Dzisiaj o 12.00 na antenie Radia Euro - Aleksandra Gołdys i Wojciech Fenrich.

www.polskieradioeuro.pl

Serdecznie zapraszamy.

Co łączy: Gdańsk, Warszawę i Wrocław ?...Kamery.

W ramach światowych trendów możemy (teoretycznie) śledzić obraz z kamer zamieszczonych na budowanych stadionach Euro 2012 w Polsce. Dokładnie na 3(4) stadionach(spółka PL2012 podaje, że 4).

Docelowo ma tak być we wszystkich 6 miastach kandydatach w Polsce. Może Wam udało się znaleźć dokładne linki do kamer ?.

Zapraszamy do śledzenia prowadzonych prac:

w Gdańsku

w Warszawie (tutaj mamy problem bo link ze strony Narodowego Centrum Sportu nie działa, - natomiast działa ze strony spółki PL2012)

we Wrocławiu Tutaj po kliknięciu na ikonę Kamerki możemy oglądać aktualne zdjęcie z budowy stadionu.

Niby takie proste, a niezwykle trudno znaleźć.

Spółka PL2012 podaje, że wszystko zaczęło się od Krakowa - ale linka do kamery nie udało się Nam znaleźć...

No dobrze udało Nam się ;)

poniedziałek, 23 lutego 2009

Oby tylko we Lwowie.

W branżę samochodową. W branżę rozrywkową. W branżę reklamową. W branżę budowlaną. Bitny ten kryzys, bo we wszystkie te branże, i jeszcze w parę innych, uderzy. Każdy z tych ciosów nietrudno przełożyć na konkretne liczby – choćby tylko zwolnionych pracowników, choćby tylko zaprzepaszczonych planów osobistych tych ludzi. Skłania to do powściągliwości w ubolewaniach nad mniej dramatycznymi skutkami ekonomicznego załamania. Choć jednak mądrze radził wieszcz (pamiętają Państwo, który wieszcz?): „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”, takie zdarzają się róże, nad których marnym losem warto się poużalać.

Gdy ogłoszono, że to Polska i Ukraina zorganizują mistrzostwa w 2012 roku, zapanowała radość powszechna. Tak powszechna, że poczuli się w obowiązku komentować ją politycy, historycy idei, dziennikarze od kopaniny nieboiskowej (znaczy: komentatorzy polityczni) – każdy, kto tylko głos wydawać publicznie musi bądź lubi. Cóż mieli do powiedzenia ci akurat, którzy wiedzą o futbolu tyle, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie (a trzecia bramka wisi w powietrzu – jak dodają wyznawcy zydorowszczyzny, szpakowszczyzny i wyznań pochodnych)? Wywodzili zgodnie, że wspólne przedsięwzięcie posłuży zacieśnieniu więzi między Polską a Ukrainą, że będzie wręcz kolejnym, ważnym etapem w realizacji testamentu politycznego ludzi tej miary, co Jerzy Giedroyc. Mówili co najmniej tak mądrze, jak Słowacki o różach w ogniu. Zapewne wielu – a w każdym razie niżej podpisanemu – przyszło do głowy, że na przekór turniejowym obyczajom, nakazującym urządzać finały EURO w stolicy państwa, warto by było tym razem na najważniejszy mecz zaprosić kibiców do Lwowa. Do miasta, które jak mało które tchnie duchem Europy Środowo-Wschodniej – przez wieki wielonarodowej, przez dziesięciolecia maltretowanej sowieckim absurdem. Do miasta, które dowodzi, że Ukrainy nie trzeba szukać poza rogatkami Europy i że do twarzy Ukrainie w poamarańczowym. Do jedynego miasta, w którym Polakom dano urzeczywistniać w szerszej skali ich własne pomysły na nowoczesną metropolię, po swojemu przełamywać architektoniczne rygory stylów historycznych i przemierzać drogę ku modernizmowi (a w czasach taniej masowej turystyki miejskiej ma swój ciężar gatunkowy). Krótko mówiąc, do miasta tyleż ukraińskiego, ile polskiego – co wolno stwierdzać, nie gwałcąc żadnych uzasadnionych norm politycznopoprawnościowych.

O złoto dwie najlepsze drużyny powalczą, jak wiadomo, w Kijowie. Dla Lwowa przewidziano mecze mniejszej rangi. Tak zapowiadano, nim nadszedł kryzys. Teraz nie ma pewności, czy w dawnej galicyjskiej metropolii rozegrany zostanie jakikolwiek pojedynek. Zmieniają się ponoć proporcje państwowych dotacji dla poszczególnych ukraińskich miast, akurat we Lwowie materia stawia silniejszy opór, niż gdzie indziej.

Powie ktoś: przecież polski rząd i polska federacja doceniają chyba symboliczny potencjał, jaki tkwi w międzynarodowej współpracy przy organizacji mistrzostw. Rozumieją chyba, jak doskonałą konkretyzacją wzniosłej opowieści o zgodnym współdziałaniu na zrębach pojednania może być lwowskie przedsięwzięcie; doskonałą – bo chyba jedyną dziś wyobrażalną. Mogą zatem skutecznie nakłonić Ukraińców, by tego akurat miasta kryzys nie wypchnął na bocznicę. Mogą? Pewnie mogą. Pewnie mogą też usłyszeć: a co wam po Lwowie, jeśli i tak nie zdążycie dociągnąć dwupasmówki do Hrebennego – czy do któregokolwiek innego punktu polsko-ukraińskiej granicy.

Odpukać w niemalowane, oby tylko lwowianom się udało. To ważny element projektu. To ważne ogniwo łańcucha znaczeń, znaczeń cennych, niezależnie od kursu złotego i hrywny.

Damian Strzeszewski, w ramach projektu społecznego 2012