niedziela, 23 listopada 2008

Jazda, jazda

Co za dużo, to niezdrowo. Dwa świąteczne weekendy, w tym jeden z gatunku „długich”, to za dużo. Za dużo obcowania z żałosną mizerią polskich dróg. Z ich lichą przepustowością, całkowicie już niedostosowaną do liczby samochodów. Ze znakami drogowymi, które wprowadzają w błąd, bo komuś się nie chciało zdjąć tablic ostrzegawczych, gdy już zakończono łatanie danego odcinka szosy (a narzekał na to już Lesiak, ale nie ten od osławionej szafy, tylko taksówkarz ze „Zmienników” Barei; pamiętają Państwo tę rolę nieodżałowanego Bronisława Pawlika?). Z prymitywnym cwaniactwem typków przedzierających się poboczami, gdy innych trzyma w miejscu korek, typków chętnie wyprzedzających całe kolumny aut w gęstym ruchu, by z tupetem wcisnąć się przed tych, którzy jadą spokojniej. Z niebezpiecznymi zachowaniami tych, którzy manewrują w najlepsze trzymając przy uchu telefon (a przecież „sinozębna” słuchawka do niego kosztuje mniej niż pół baku paliwa). Z pstrokacizną reklam atakujących wzrok kierowcy tam akurat, gdzie powinien on się skupić na obserwacji innych nieszczęśników, skazanych na polskie drogowe katusze. Ze smrodem, którym zieją rury wydechowe wszelakich „bet”, „golfików”, „meroli”, od dawna pełnoletnich, mających w życiorysie to i owo (z międzynarodowymi podróżami na lawecie włącznie), reanimowanych w sposób, który uczynił z nich czteroślady, przy użyciu metod, jakie się pewnie żadnemu z projektantów tych aut nawet nie śniły. I wreszcie – z frustrującą świadomością, jak znikoma część wpływów z podatków, które windują ceny paliw, posłuży rozwojowi drogowej infrastruktury.

Porzućcie nadzieję, którzy tu wjeżdżacie – mruczy sobie pod nosem rodak, gdy wraca do Polski z ziemi włoskiej, niemieckiej, czeskiej, słowackiej, zresztą litewskiej i białoruskiej często też. Porzucać nadzieję? Wiadomo, że do 2012 roku zrealizuje się tylko część planów komunikacyjnej terapii. Planów minimum – chciałoby się dodać. Pewnym symbolem obecnego stanu rzeczy jest szlak łączący Warszawę z zachodnią Ukrainą. Niby szosa lubelska ma na znacznej długości równą nawierzchnię z poprawnie nałożonymi znakami poziomymi, niby na dwupasmowym odcinku omijającym Garwolin kierowca aż czuje się zachęcony, by sprawdzić, „ile fabryka dała” (i chyba nie husarska fantazja tu się odzywa, a po prostu działa efekt kontrastu). Wciąż jednak szlak przecina wiele miejscowości, nie brak punktów podwyższonego ryzyka, a przy nasilonym ruchu ciężarówek nie sposób jechać jednopasmówką płynnie. Lokalne gazety informują o konsultacjach, jakie projektanci nowej drogi przeprowadzają z mieszkańcami podwarszawskich miejscowości. Czas nagli. Trzymamy kciuki, silnie, jak za reprezentację.

Oby postęp można było mierzyć nie tylko w kilometrach oddanych do użytku autostrad i ich substytutów, czyli dróg ekspresowych, ale też w liczbie miejsc uwolnionych od reklamowego szkaradztwa i chaosu zbędnych znaków. Oby też zakorzeniały się wśród kierowców obyczaje, które nie przynoszą nam wstydu. Na razie chwała tym, którzy mniej oczywiste wymiary polskiej motoryzacyjnej rzeczywistości zauważają. Tu głęboki ukłon w stronę redaktorów „Tygodnika Powszechnego” – za jeden z wrześniowych numerów pisma. Autorzy najzupełniej słusznie potraktowali różne aspekty polskiej kultury ruchu drogowego jako wskaźniki ogólniejszych społecznych zjawisk. Jeśli kto nie czytał – warto łypnąć.

I jeśli wolno, jeszcze dwa słowa żalu, że tygodnik „Motor” nie zamieszcza już, jak to czynił do niedawna, pouczających opisów autentycznych wypadków drogowych z doskonałymi, wyważonymi komentarzami. Jak dowodzą statystyki, tego wciąż nie dość.

Damian Strzeszewski dla Pilnujemy Euro 2012


Brak komentarzy: